Pokazywanie postów oznaczonych etykietą choroby. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą choroby. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 17 sierpnia 2008

Co wspólnego z rozwojem osobistym ma teoria Einsteina?

Każdy z nas na pewno zna słynne równanie Einsteina: E=mc2. W każdej szkole na tym świecie znajduje się ono w programie zajęć z fizyki. Zwykle towarzyszą mu zadania i związane z podróżami kosmicznymi, prędkością światła, sławnym przykładem bliźniaków starzejących się w innym tempie...

A jak sądzicie, w ilu szkołach można usłyszeć o tym, jaki wpływ odkrycia Einsteina mają na nasz rozwój osobisty? Na rozumienie tego, kim jesteśmy my ludzie?

Założę się o jogurt, że w Polsce nie spotkamy takiej szkoły. Na zachodzie Europy i w USA/Kanadzie być może już takie są.

Co więcej, sądzę, że niektórzy z Was czytając ten wstęp zadają sobie pytanie: a mają te odkrycia w ogóle jakiś wpływ? Co ma wspólnego jedno z drugim?

Cofnijmy się, zatem najpierw w czasie.

Zanim Einstein zaprezentował swoją teorię względności, nasz świat był opisywany poprzez zasady fizyki Newtona. Opierają się one na założeniu, że zawartość tego świata składa się z ciał stałych, którymi rządzi prawo grawitacji. Nawet wtedy, kiedy w 19-tym wieku zasady Newtona zostały rozszerzone na obszar atomów, wciąż fundamentalnym twierdzeniem było to, że elektrony czy protony są najmniejszym komponentem materii, jej cząstką elementarną.

Einstein w gruncie rzeczy postawił wszystko na głowie. Udowodnił bowiem, że te najmniejsze cząstki nie są tak naprawdę cząstkami, czyli czymś stałym, trwałym i niezmieniającym się, ale nieustannie wibrującą energią, która objawia się jako coś stałego, jako coś materialnego.

Jeżeli popatrzylibyśmy przez mikroskop na "wnętrze" drewna lub metalu zauważylibyśmy ze zdziwieniem, że:

1. większość zawartości tych ciał stałych stanowi pustka. Przestrzenie pomiędzy "cząstkami" są niewspółmiernie ogromne w stosunku do "miejsca", które zajmują te cząstki.

2. "cząstki" znajdują się w nieustannym ruchu. Nieustannie wibrują. Nic nie jest tak naprawdę stałe. Nic nie jest nieruchome, niezmienne i "trwałe" w takim rozumieniu jak nasze potoczne rozumienie solidności stołu zrobionego z dobrego drewna.

Innymi słowy nic nie jest takie, jakim się wydaje być. Wszystko wibruje.Wszystko jest energią lub właściwie lepiej byłoby powiedzieć: energia jest wszystkim.

To samo dotyczy naszego ciała. Czy wiecie, że w ciągu doby ludzkie ciało wymienia ok. 2.5 kg komórek? Czy w związku z tym zdajemy sobie sprawę, że każdego poranka budzimy się jako nowi ludzie? Czyż to nie jest niesamowite?

Czyż to nie jest niesamowite, że my ludzie, na najniższym poziomie jesteśmy dokładnie tym samym, czym są drzewa, powietrze, jakakolwiek forma istnienia na tym świecie?

Jeżeli energia jest wszystkim, to są nią również nasze myśli. Nasza modlitwa jest energią. Nasza zazdrość jest energią. Nasza miłość też nią jest.

A ponieważ na najniższym poziomie wszystko wibruje i nieustannie się zmienia, to również wszystko wpływa na siebie nawzajem. Posługując się językiem fizyków można powiedzieć, że żyjemy w jednej wielkiej "zupie" energii. Rozważania, czy ta energia jako całość jest świadoma pozostawię na inną okazję.

Na pewno nie raz spotkała(e)ś człowieka, który emanował złą energią. Nie lubimy przebywać w gronie takich osób, osób które narzekają, są zgorzkniałe, smutne bądź agresywne. Zapadamy się wtedy w sobie. Wycofujemy. Nasz poziom energii spada.

I odwrotnie. Udział w dobrym szkoleniu, rozmowa z mądrą osobą, osobą emanującą ciepłem - dodaje nam sił. Czyż termin "emanować" nie jest pojęciem z dziedziny energii właśnie :-)

Dlatego też przede wszystkim uważajmy na nasze własne myśli. Wpływają przede wszystkim na nas i na nasze samopoczucie. Podnoszą lub obniżają naszą wibrację. W dosłownym fizycznym rozumieniu.

Szukajmy też takich miejsc i ludzi, gdzie czujemy wysoki poziom dobrej energii.

Ja mam takie swoje miejsce niedaleko Krakowa. Kiedy czuję się wyczerpany lub spięty, wsiadam na rower i jadę do jednej z podkrakowskich dolinek. Tam, na jednej ze skałek, w zacisznym zagajniku, jakoś dziwnie zawsze dochodzę do siebie...


Pozdrawiam Serdecznie

--
Ryszard Skarbek
Autor Bloga Tańcząc z Życiem

Artykuł pobrany z serwisu Artelis.pl

niedziela, 3 sierpnia 2008

Zło konieczne??

Zmiany, zmiany i jeszcze raz zmiany...

Niezależnie od tego czy lubimy zmiany czy nie, są one nieodłączną częścią naszego życia. Już starożytni myśliciele doszli do tego wniosku. Mówi o tym m.in. Heraklit wyrażając to słowami: „nie da się dwa razy wejść do tej samej rzeki”.

Dlaczego się nie da? Ponieważ inne napłynęły już wody, rzeka pozostaje ta sama, ale już nie taka sama... Tak samo w życiu każdy z nas pozostaje ten sam, ale już nie taki sam. „Wszystko płynie”, wszystko podlega nieustannym zmianom – tego możemy być w 100% pewni!

Dlaczego o tym mówię?

Zastanawiałem się ostatnio (tzn. cały czas się zastanawiam) nad własnym życiem i dostrzegłem pewną prawidłowość – otóż boję się zmian! Myślę, że ten problem dotyczy każdego z nas...

Po pierwsze jest to trochę dziwne, bo jak wspomniałem wcześniej zmiany są nieuniknione, a więc nie warto bać się czegoś, na co przecież nie mamy wpływu...

Ale bardziej zastanowił mnie jeszcze jeden fakt – człowiek (w tym przypadku ja) boi się zmian nawet wtedy, gdy mają to być zmiany na lepsze!

Strefa komfortu, przyzwyczajenia do tego, co mamy od lat skutecznie utrudnia nam osiąganie sukcesów. Po prostu tu czujemy się dobrze, a przynajmniej bezpiecznie. Mamy to, co mamy i tak „jest dobrze”, ciężko zaryzykować nam to nawet dla przyszłych fenomenalnych wyników...

Boimy się tego, że nam się nie uda, że nie stać nas na to, że jesteśmy zbyt słabi, że za starzy/młodzi. Może to brzmi paradoksalnie, ale tak właśnie jest. Z jednej strony chcemy być lepsi, ale nie robimy nic żeby tego dokonać, chcemy zarabiać więcej, ale nie zwiększamy swojej wartości. Chcemy czegoś, ale robimy wszystko, by tego nie mieć a każda wymówka jest dobra.

Skąd to się bierze? Dlaczego jeszcze nie osiągnąłem tego, czego pragnę? Co mnie powstrzymuje? Dlaczego nie robię wszystkiego, by to zdobyć? Co powoduje we mnie strach (przed porażką czy sukcesem?!)?

To są ważne pytania, ale jeszcze ważniejsze wydaje się być – skoro już jesteśmy świadomi tych ograniczeń – jak to przezwyciężyć?

Łatwo się mówi, ale chyba jedynym sposobem jest... zrobić to! Im częściej zaczniemy to robić tym z każdym następnym krokiem będzie nam łatwiej, aż w końcu będziemy się śmiać z samych siebie, że wcześniej baliśmy się to zrobić!

Kiedyś byłem chorobliwie nieśmiały i bałem się nawiązać w ogóle jakikolwiek kontakt z ludźmi (choć z tymi, których już znałem miałem całkiem dobry, a przynajmniej tak mi się wydaje), nie mówiąc już o umówieniu się z dziewczyną...

Jak patrzę na to z perspektywy czasu to wydaje się to totalną głupotą i śmiać mi się chce na samą myśl o tym. Choć również zdaję sobie sprawę z tego, jakie czynniki miały wpływ na takie moje zachowanie...

Powiem tak: nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.

Życzę ci jednak, byś szybciej niż ja potrafił zlokalizować źródła swoich słabości i szybciej i lepiej sobie z nimi radził! Większość z nich to tylko twory naszej wyobraźni, więc sami możemy sobie z nimi poradzić.

Chcemy być lepsi – zacznijmy robić coś lepszego niż dotychczas zamiast szukać wymówek. Gdy tak patrzę na siebie z boku, widzę jak często najdrobniejsza nawet przeszkoda skutecznie mnie powstrzymywała. Błahy powód urastał do ogromnych rozmiarów dając mi fantastyczną wymówkę i zatrzymując mnie w miejscu.

Ale czy tego naprawdę chciałem? Wątpię. Może przez moment czułem się lepiej, usprawiedliwiając się w ten sposób, ale w dłuższej perspektywie było dużo gorzej.

Człowiek potrzebuje sukcesów...

dlaczego więc tak się przed nimi broni?



PS. Serdecznie zachęcam do zastanowienia się nad sobą samym i popatrzenia na siebie z innej perspektywy. Wielu rzeczy możemy się od siebie samych nauczyć (ale czy chcemy?)

PPS. Napisz do mnie i podziel się swoimi przemyśleniami na ten temat. (daniel.janik[małpa]interia.pl)

--
Sięgaj wyżej
Własny e-biznes - rzeczywistość dla każdego


Artykuł pobrny z serwisu Artelis.pl

I Ty, tylko Ty...

Do napisania tego artykułu natchnęła mnie wczorajsza rozmowa z moim kolegą, Tomkiem. Otóż rozmawialiśmy sobie swobodnie na różne tematy, aż doszliśmy do ogólnej sytuacji w naszym kraju...

Zaczęliśmy sobie żartować, że co by się nie działo, to i tak zawsze jest to wina państwa... ;-)

Dla nas to były żarty, ale z pewnością część osób naprawdę tak sądzi. Co by to nie było, jeśli mi nie pasuje to jest to wina państwa, albo przynajmniej kogoś innego – nauczyciela, szefa itp...

To jest właśnie to, co powoduje, że Polska jest w tym miejscu, w którym jest. To nasze myślenie, że za naszą sytuację odpowiedzialny jest ktoś inny. Oczywiście, że rządzący po to są, żeby nam ułatwiać życie przez tworzenie właściwych ustaw i rozporządzeń – to jest sprawa bezdyskusyjna. Ale nie możemy obarcza ich winą za wszystko, co złe wokół.

Kiedyś jak dostałem słabszą ocenę, to naturalnie zwalałem wszystko na nauczyciela: „jak mógł nam zrobić niezapowiedzianą kartkówkę?!”, „uwziął się na mnie, skoro wziął mnie do tablicy!”...

Na szczęście już z tego wyrosłem, ale są osoby, które nigdy z tego nie wyrastają... Nie potrafią po prostu wziąć na siebie odpowiedzialności za swoje własne życie! Zła ocena – wina nauczyciela, to jasne! Słabe zarobki – wina szefa, bez dwóch zdań! Stanie w korku – „ich” wina... co by się nie działo, zawsze jest winny, nigdy natomiast nie jesteśmy to my.

A może to mnie nie chciało się nauczyć na kartkówkę? A może mogłem wziąć udział w jakimś szkoleniu, żeby podnieść stan mojej wiedzy, moją wartość i tym samym pokazać szefowi, że zasługuję na lepsze zarobki? A to, że stoję w korku? No cóż... mogę zdecydować przecież, że nie będę się na to denerwował, czas i tak stracę, ale przynajmniej nie będę dokładał sobie stresu...

Niezależnie od sytuacji każdy z nas decyduje jak postąpi... Możesz zdecydować, że to inni są odpowiedzialni za to, co się w Twoim życiu dzieje i dać im władzę nad sobą. Możesz także zdecydować, że sam jesteś odpowiedzialny za wszystko. Nawet jeśli nie do końca tak jest, to biorąc na siebie odpowiedzialność w każdej sytuacji, otwierasz sobie drogę do rozwiązań. Przekazując jednak innym władzę na własnym zachowaniem stajesz się niewolnikiem ich zachcianek. To jak Cię traktują to ich sprawa, to jak na to reagujesz – tyko Twoja.

Dlatego też jeśli w Twoim życiu nie dzieje się tak, jak byś sobie tego życzył – weź odpowiedzialność za ten stan rzeczy na siebie! Możesz coś zmienić, zabierz się tylko do pracy. Zacznij od siebie. Pamiętaj, że świat można zmienić tylko w jeden sposób – zmieniając siebie.

Jeśli coś nam się nie podoba w otaczającej nas rzeczywistości, mamy dwa wyjścia – nic nie robić i narzekać na to, że inni do tego doprowadzili lub samemu zacząć to naprawiać (zaczynając od siebie i idąc coraz dalej). Jeśli więcej osób wybierze tę drugą opcję, w Polsce zacznie dziać się zdecydowanie lepiej!


PS. Jeśli nie chcesz się zmienić, to weź przynajmniej na siebie odpowiedzialność za to. Nie musisz się rozwijać, ale nie narzekaj, że to wina innych...

PPS. Zmienić się jest ciężko... jest tak samo ciężko jak się nie zmieniać (bo czy to „szare” życie jest takie łatwe?)


--
Sięgaj wyżej
Własny e-biznes - rzeczywistość dla każdego

Artykuł pobrany z serwisu Artelis.pl
Autorem jest
Daniel Janik

sobota, 26 lipca 2008

Pierwotna rana

Pierwotna rana to nasz ból egzystencjonalny wokół którego zbudowaliśmy całe nasze życie. Wygląda na to, że 99% społeczeństwa otrzymało w dzieciństwie taką ranę, która kształtuje późniejsze całe życie. Te rany to zazwyczaj ból odrzucenia, ból rozłąki. To kopniak w serce młodego człowieka od najbliższych. Całe to zdarzenie młoda psychika obudowuje później skomplikowanym system obronnym i stara się zapomnieć o tym wszystkim i generalnie jej się to udaję. Nigdy nie wiemy co nas boli i dlaczego, po co. Za to doskonale są widoczne efekty tego kopniaka. Nieśmiałość, bierność. agresja, strach, niemoc, brak wizji, celu - marne życie. Cały wic polega na tym aby poznać ten problem i go uzdrowić. Spojrzeć na niego nie oczami małego nierozumiejącego dziecka tylko oczami świadomej, pełnej miłości osoby, która na dodatek wie, że to było dla niej na danym etapie najbardziej odpowiednie i niesie ze sobą skarby.

Odkryć takie rzeczy nie jest łatwo. Wymaga to wielkiego serca i chęci i… odwagi. Zazwyczaj gdy się sięga do tej rany pojawia się wielki ból, strach, rozpacz… ogromne emocje targają człowiekiem. Takie, że po prostu chce się uciec i nic z tym nie zrobić. W końcu żyje się już tyle lat i jakoś się z tym nauczyło żyć więc… ale uwolnienie się od swego pierwotnego bólu, od przyczyny wszelkich problemów, zachowań, reakcji i zrozumienie swego życia jest tak diametralną i radykalną zmianą życia, że każdy jak już to zrobi to się wręcz zachwyca i bije się w głowę dlaczego do tej pory tego nie zrobił. Jak mógł tak długo żyć w takich katuszach?

Raną może być na przykład odrzucenie w dzieciństwie przez Ojca. Jest to najczęstsza przyczyna naszego pokręconego życia. Ojcowie w Polsce i chyba też na świecie, nie zdają sobie sprawy jak wielką rolę pełnią dla swych dzieci. Ojciec odpowiada za uziemienie, za poczucie bezpieczeństwa, za kontakt z rzeczywistością, twórczość, kreatywność i… moc, siłę. Oczywiście, że z pustego i Salomon nie naleje, więc problem jest wielopokoleniowy. Ojcowie szli na wojny i ginęli, dzieci się wychowywały same bez odpowiednich wzorców, popełniały błędy, nie nauczone miłości przekazywały swą niewiedzę dalej i tak się temat pogłębia. Obecnie większość ojców i matek to też wystraszeni ludzie, oderwani od Rzeczywistości i przeświadczeni o swej samotności o konieczności walki o przetrwanie i życie płodzą takich samych jak oni. A w tych czasach się to wyjątkowo nasila.

Zadana rana odrzucenia sprawia, że młody człowiek zaczyna sobie myśleć: coś ze mną jest nie tak skoro nawet najbliżsi mnie nie kochają, skoro nie chcą ze mną rozmawiać i mnie unikają, jestem jakiś trefny, wybrakowany, coś jest ze mną nie tak… a ponieważ tak myśli więc i tak się też staje… Brak świadomości u rodziców sprawia, że nie dostrzegają przyczyny problemu tylko widzą skutek - jego autodestrukcje, jego zaniżone poczucie własnej wartości, słabe wyniki w szkole, jego niegrzeczność, bunt, jego nieśmiałość, bierność i brak aktywności - życia. Co się dzieje? Zamiast dostarczyć tego czego brak - miłości i zainteresowania, ciepła i życzliwości, przyjaźni, oni dorzucają mu obowiązków, może karzą, robią awantury i wyrzutu, młoda psychika robi się jeszcze bardziej zamknięta i zatwardziała. Problem, pierwotna rana jest już tak głęboko zakopana, że nie widać jej zupełnie. Nie wie o niej nikt. Widać tylko jej skutki…

Wyjście znajdzie się jeżeli rodzice się zorientują, przeczytają jakiś artykuł, posłuchają jakiejś audycji, obejrzą coś w telewizji, coś, co zmieni ich patrzenie na tę sytuację i zaczną odkręcać temat. Choć ranę taką głęboką, w dziecięce serce ciężko bardzo jest odkręcić bez prawdziwej miłości, a do takiej prawdziwej miłości trzeba chyba dorosnąć. Nie każdy jest zaraz po urodzeniu na takim etapie życia, aby mógł widzieć w takich wibracjach sprawę. Jeżeli nie, to musi to wypracować czyli rozwijając się i zdobywając wiedzę i doświadczenia życiowe, wykształcić w sobie umiejętność kochania bezwarunkową, czystą miłością. Otwierać się na Nią. Jest Ona zdecydowanie inna niż ta, którą się obdarzają zakochane pary. Taka miłość świadoma jest właśnie uzdrowieniem dla każdej rany i jeżeli jej światło prześwietla sytuację, związek to wszystko staje się jasne i nic nie boli. Zgłębienie takiej miłości jest naszym życiowym celem.

Pierwotna rana - ból istnienia wywiera wpływ na całe nasze życie i jest to wpływ nieświadomy. Determinuje nasze związki, wybory, pracę, warunki w domu, szkole, na urlopie, wszędzie i zawsze. Jest to główny program naszego życia i z nim musimy się zmierzyć, jeżeli chcemy prawdziwie żyć.

Zazwyczaj tej części siebie unikasz, wstydzisz się jej. Starasz się nie wywoływać sytuacji, które by mogły ją przypomnieć ale ona cały czas o sobie daje znać, bo takie jest nasze życie, że wszystko co brudne dąży do oczyszczenia, wszystko co nieświęte do uświęcenia i całe nasze życie do tego zmierza. To, że żyjesz sobie spokojnie, pomimo wielkiej Twej rany, właśnie odrzucenia ze strony ojca, świadczy tylko o tym, że zablokowałeś się na zmiany i nie chcesz nawet słyszeć o nich. Odcinasz się i barykadujesz na swojej wierzy pozorów do póki Cię jakaś choroba nie powali. W takich przypadkach świat działa albo przez chorobę Twoją lub Twych najbliższych albo przez jakieś nieszczęście, bankructwo, rozwód, cokolwiek co tylko jest w stanie Tobą wstrząsnąć i sprawić, że zaczniesz szukać odpowiedzi i zadasz pytanie… po co?

I wstydzisz się części siebie i pogardzasz nią widząc ją w innych ludziach. Projektujesz swój ból na innych widząc na nich swoje grzechy, przywary to wszystko czym tak pogardzasz. Obwiniasz, oskarżasz, poniżasz, a to wszystko robisz tak naprawdę sama sobie, sama siebie oskarżasz i niszczysz powodowana właśnie tym pierwotnym, nieuleczonym bólem. Pętla się zaciska, sił zaczyna brakować, jesteś sama na swej wierzy, opuszczona jak niegdyś przez swego ojca, zdradzona przez wszystkich, sama, dzielna, romantyczna, walcząca…. ginąca za swe ideały, kupione od najbliższych, którzy sami przez nie umarli. Brakło Ci miłości w dzieciństwie co wywołało Twoje przeświadczenie o tym, że świat jest okrutny i zły i że życie w nim to samotna walka i że na pewno zginiesz. Sprawia Ci ono jednak pewną satysfakcję. Tak, przecież masz rację. To jest radość i pociecha. Tonący brzytwy się chwyta. Jednak nie jestem taka zła, bo mam przynajmniej w tym rację, Świat jest do niczego i zły, nikt mnie nie przekona, że jest inaczej… Prędzej umrę niż pozwolę się przekonać. Nie odbierajcie mi ostatniej mej radości, mej siły. Nawet to mi chcecie zabrać? Jedne co mam? Moje przeświadczenie o tym, że jest ze mną tak źle? Że świat jest taki, a nie inny? To kim ja będę jak i to okaże się kłamstwem? Kim, po co? Ostatnia bańka pryska. Dalej już beznadzieja… Pustka…. Straszna, samonapędzająca się spirala bólu, od której ciężko się wyzwolić. Przypomina to sytuację umierającego z pragnienia, który pływa w słodkiej, pitnej wodzie… Jedyny jego ból to to, że nie wie o tym…

Co robić w przypadku gdy się stwierdzi, że działa na nas właśnie taka niezagojona rana? Parę rzeczy dobrze jest wiedzieć, polecam artykuł “dobrze jest wiedzieć, że…” i “filtry i schematy naszej podświadomości”, a także literaturę fachową, a póki co to wiedz, że wszystko Ci sprzyja i zmierza do Twego dobrego, spełnionego życia. Zmierza do tego byś był szczęśliwy(a) bo taki jest plan dla nas, dla naszego życia. Jedyne co przeszkadza naszemu szczęściu, to my sami ze swym brakiem pozwolenia na nie, na własne szczęście, bo właśnie przez ogromne poczucie winy nie dajemy sobie prawa do niego. Czujemy się niegodni, mali, grzeszni, niezasługujący na miłość i nic dobrego, itd.

Uwolnij się od swego przekonania o swej grzesznej naturze o swym złym charakterze. Wiedz, że jesteś stworzona przez doskonałość i jesteś jej nieodłącznym i niezbędnym, wyjątkowym i niezwykle cennym elementem. Jesteś jedno z doskonałością świata i Ty masz moc i siłę, aby tę jedność przejawić. Ta Jedność to siła, piękno, mądrość, szczęście i wielka radość. Nasze życie jest właśnie takie i teraz nadszedł wreszcie czas na pełne tego zamanifestowanie. Teraz jest czas przebudzenia, oczyszczenia i odkrycia własnego życia, własnej drogi życiowej i każdy ją odkryje, wsześniej czy później ale uwierz, nie ma co zwlekać, bo piękne rzeczy przed nami podczas gdy my się babramy w błocie.

Na konie jeszcze coś takiego: diamenty rodzą się w ciemnościach i pod wielkim ciśnieniem. Ty jesteś takim diamentem. Odkryj tę Prawdę o sobie i świeć diamentowo czystym Światłem. Taka jest Twoja natura i prawdziwa Twarz.

ps, po pomoc, wiedzę zapraszam na wymienione strony i na forum drogowskazu

--
Drogowskaz - gdy Droga stanie się Celem...
Oridea.net - Inspiracje

Artykuł pobrany z serwisu Artelis.pl
Autorem jest Krzysztof Kina

piątek, 25 lipca 2008

Prawo do błędów

Jakże cudownie byłoby w życiu, gdybyśmy przestali grać. O ile łatwiej przebiegałaby nasza komunikacja, gdybyśmy otwarcie mówili, o co nam chodzi, co czujemy. Kiedy naszym przewodnikiem w rozmowie z drugim człowiekiem jest strach, nie dziwmy się, że rezulatat jest zgoła inny od zamierzonego. Po co zakładamy te wszystkie maski? O co nam chodzi?

O wiele rzeczy. Żeby nie zostać wyśmianym, żeby nie wyszło na jaw, że mamy swoje słabości, nie jesteśmy perfekcyjni. Perfekcjonizm. Im bardziej krytykujemy innych, tym bardziej boimy się, że sami wpadniemy we własne sidła. Skoro nie akceptujemy ludzkiej ułomności u innych, ciężko byłoby dać sobie samemu prawo do popełniania błędów. A przecież jesteśmy ludźmi, inteligentnym zbiorem atomów. Dopiero uczymy się odkrywać boską część w sobie. Jesteśmy ułomni, mamy na koncie małe i większe grzeszki. Czy ma sens obwinianie się za to? Wina zatrzymuje nas w miejscu. Obarcza nas strachem przed karą.

SYSTEM NACZYŃ POŁĄCZONYCH
Wina i kara to dwa sprzężone ze sobą elementy. Nie ma winy – nie ma kary. Tak to działa. Ile fortun dorobionych na przysłowiowej ludzkiej krzywdzie delektuje się swoim stanem posiadania, korzysta z majątku bez poczucia, że coś tu jest nie tak. I to jest właśnie tajemnica ich sukcesu. Brak poczucia winy. Nie przemawia tu przeze mnie sarkazm, tylko logika, doświadczenie i chęć odwołania się do waszych emocji.
Ci, którzy źle się czują z nieczystym załatwieniem sprawy, którzy mają poczucie winy z tego tytułu, nawet jeśli nie jest ono uświadomione – tych osobników prędzej, czy później dopada karząca ręka sprawiedliwości. Niejako na życzenie. Mówi się, że na złodzieju czapka gore. Jest to prawdą, ale prawdą połowiczną. Porzekadło to dotyczy jednostek, które mają poczucie winy z powodu dokonanego czynu. Podświadomie będą one prowokować sytuacje, które doprowadzą do ujawnienia kulis danej sprawy, bądź w inny sposób doprowadzą do utraty niesłusznie otrzymanych korzyści. Czasami takie zdarzenia mają miejsce po latach. Osobiście nie życzę nikomu tych lat spędzonych w luksusie, za to z poczuciem winy i strachem, że za chwilę zostanie nam to zabrane. Nam i naszej rodzinie. W tym wszystkim najgorsze jest to, że nasze przewinienie uderza w naszych najbliższych…
Tymczasem wystarczyłoby wyrugować z siebie poczucie winy i żylibyśmy jak w raju. Jednak już Dostojewski o tym pisał, a pewnie każdy z nas potwierdzi – nie jest to takie proste.
Powróćmy teraz do poczucia winy, z którym w większym lub mniejszym stopniu, rzadziej lub częściej boryka się każdy z nas. Mówię teraz o naszym chlebie powszednim, małym poczuciu winy, za małe przewinienia, o tym naprzykrzającym się doznaniu, które utrudnia nam egzystencję. Jeśli myślisz, że jest to temat, który cię nie dotyczy – grubo się mylisz. Jeśli myślisz, że nic nie zyskasz czytając o małych sprawach – mylisz się jeszcze bardziej.
Pozbycie się poczucia winy nie jest prostym zadaniem.
Nie wystarczy sobie powiedzieć: „Od dziś nie będę się obwiniał, za to co zrobiłem”. Samo postanowienie jest co prawda piękne i godne pochwały. Jednak nasz umysł postanawia wiele rzeczy. A ile z nich realizujemy? Każdy sam wie najlepiej.
Zacznijmy od rzeczy, które nie są oczywiste.
Postaraj się przeanalizować twoje ostatnio odczuwane poczucie winy. Być może odnajdziesz jakąś część swojej historii w którymś z omawianych poniżej wątków.

ILUZJA
Masz poczucie winy – sprawdź, czy twoje działanie przyniosło komuś realną stratę. Najszybszym, acz nie najłatwiejszym sposobem jest zapytanie twojej niedoszłej ofiary, jak odebrała twoje zachowanie, działanie lub zaniechanie. Cokolwiek, o co się obwiniamy.
Może się okazać, że nasze poczucie winy jest iluzoryczne. Częstokroć preparujemy w domowych warunkach osobiste poczucie winy na nasze osobiste potrzeby, choć rzeczywista rana nie została zadana. Nasze nawykowe myślenie karze nam wyobrażać sobie, że kogoś zraniliśmy, zrobiliśmy coś nagannego. Potem męczymy się z tym, zadając sobie wewnętrzne ciosy. Nasza niedoszła ofiara albo nie pamięta sytuacji, o której wspominamy, albo pamięta ją zupełnie inaczej. Co więcej, nie poczuwa się do roli ofiary.
W kreowaniu iluzorycznego poczucia winy przodują kobiety. Syndrom matki Polki większości z nas nie jest obcy. Matka Polka przy każdej próbie dania sobie czegoś: wolnego czasu, prezentu, spotkania z przyjaciółką, popada w poczucie winy. Robi to w trosce o członków rodziny. Zadręczając ich często swoją męczeńską postawą. Osobiście wolę mieć u boku męża zadowolonego po spotkaniu z kolegami aniżeli marudę narzekającego na cały świat. A tak kończą się jego rzadkie ataki poświęcenia się dla rodziny. Może nasi partnerzy myślą podobnie? Może oni też chcą mieć u boku zadowolone żony, a dzieci matki? Może czas sprawdzić, czy tak jest rzeczywiście?

GIGANTOMACHIA
Częstokroć przydajemy naszym zachowaniom rangi wielkich czynów, wielkich urazów. Przejmujemy się tym do granic wytrzymałości, podczas gdy nasz rozmówca może i poczuł się zraniony, ale rana nie jest śmiertelna. Prosta rozmowa najczęściej pomaga oczyścić klimat. Jeśli zdarzy ci się, że twoje przekonanie o rozmiarze zadanej rany uniemożliwia ci stawienia czoła sytuacji, z obawy, że zostaniesz potępiony na wieki, wykonaj proste ćwiczenie. Wyobraź sobie, że ty i ofiara jesteście postaciami w teatrze kukiełkowym, albo pacynkami. Przypuśćmy, że jesteś mężem, wygłaszasz swoją kwestię, która powoduje stan zapalny. Twoja żona kukiełka zakłada ręce na piersi i kukiełkowym głosem obwieszcza ci, że jesteś skończonym kretynem, po czym odwraca się na małej pięcie, idzie do kąta i tam chlipie teatralnie. Jest ujmująca. Teraz ty wyciągasz zza pazuchy bukiet sztucznych kwiatków i pędzisz przez scenę, żeby paść przed nią na kolana. Czyż nie wzruszająca scena? A przy tym stawia nasze problemy we właściwych proporcjach. Czasem trzeba porzucić nawyk demonizowania swoich dokonań i dać sobie prawo do potknięć. Twoi bliscy lepiej się poczują w twoim otoczeniu wiedząc, że jesteś omylny i potrafisz się przyznać do błędu.
Jeśli jednak nie zdobędziesz się na rozmowę i zamkniesz się w sobie zadręczając tym, co zrobiłeś to może ci grozić punkt następny…

ATAK
To dość częsty przypadek. Ponieważ źle się czujemy z naszym poczuciem winy, uwiera nas i przeszkadza w normalnym funkcjonowaniu, przeto zaczynamy obwiniać naszą ofiarę o to, że czujemy się przez nią fatalnie. A skoro przez nią komfort naszego życia się pogorszył – należy jej się kara. Im bardziej nasza ofiara obnosi się ze swoim bólem, tym gorzej się to dla niej kończy. Wzorce wyniesione z dzieciństwa grają tu pierwsze skrzypce. Jeśli w domu rodzice wzajemnie się obwiniali, to nawet przy niewielkim przewinieniu możemy atakować naszą ofiarę agresją, irracjonalną z jej punktu widzenia, a jak najbardziej uzasadnioną z naszego, bo najlepszą formą obrany jest atak i to z zaskoczenia, zanim nas zdążą zaatakować. Dla nas jest to działanie nawykowe. A nawyk jest drugą naturą. Nie zastanawiamy się nad czymś, co jest naturalne. Powtarzamy wzorzec. Czasem jednak warto stanąć na chwilę i wziąć pod lupę swoją drugą naturę. Może czas najwyższy zrzucić pancerz przyzwyczajeń. Dla dobra nas samych i naszych bliskich oraz naszego otoczenia. Ja też nie lubię dostawać prztyczka w nos zaraz po tym, kiedy ktoś podłożył mi nogę.

AUTODESTRUKCJA

Naczelnym zadaniem poczucia winy jest ukaranie siebie w zastępstwie pana Boga, głównie z obawy, że kara, którą moglibyśmy otrzymać z jego ręki mogłaby być bardziej dotkliwa od tej, którą zadamy sobie sami. Jednak czasem okazuje się, że zapętlamy się we własnym poczuciu winy tak bardzo, że kara, którą sobie wymierzamy nie jest współmierna do wielkości szkody. Mówiąc ściślej - znacząco ją przewyższa. Jeśli łudzimy się, że nasza nadgorliwość zostanie w taki, czy inny sposób wynagrodzona – bardzo się mylimy. Bóg uczył wybaczać Poza tym, kto lubi takich gorliwców?
Moja rada? Miejmy litość dla nas samych.

SYSTEM NAGRODY
Systemowo w naszym kręgu kulturowym poczucie winy zostało zaszczepione wraz z doktryną katolicką. Im bardziej winny się czujesz tym bardziej pobożny się jesteś, tym jesteś bliższy bogu. Taki przekaz został części z nas wpojony tak solidnie, że wyzwolić cię z tego przekonania zapewne byłoby ciężko samemu Jezusowi.
Osho twierdzi, że ten, kto czuje się winny ten grzeszy. Karanie siebie to odbieranie roboty panu Bogu (dla tych, co widzą w nim srogiego Pana) oraz zamach na boskie stworzenie (dla tych, co dostrzegają w sobie świątynię Boga)

OCZEKIWANIA
Poczucie winy to zawsze manifestacja naszego niskiego poczucia własnej wartości, dręczącego uczucia zwątpienia w siebie. Im większe stawiasz sobie wymagania, tym boleśniej karzesz się poczuciem winy za fakt nie spełnienia własnych lub cudzych oczekiwań. Zamykasz się w błędnym kole rozpaczy i beznadziei zamiast wziąć naukę z błędu i iść do przodu. Poczucie winy unaocznia nam, ile pracy musimy jeszcze włożyć w naukę kochania siebie.

Kochajmy siebie. Bezwarunkowo. Bądźmy dla siebie dobrzy, to i świat będzie dla nas lepszy. Zacznijmy od wybaczenia sobie.


Dlaczego sporządziłam tę etymologię poczucia winy?
Głównie po to, aby dać ci sposobność spojrzenia na siebie jak na człowieka, który traci w życiu oddając swą energię, swą kreatywność i radość życia, topiąc ją w czymś co nie pochodzi od Boga, nie przyczynia się do naszego szczęścia, ani do szczęścia naszych bliskich. Więc po co ulegamy poczuciu winy?
Odpowiedzi jest wiele. Z przyjemnością oddałabym się teraz pokusie kolejnej analizy :) Jednak mam cel nadrzędny jakim jest szczęśliwe życie a nie życie przepełnione analizami.
Dlatego zadam ci inne pytanie, które wcześniej zadałam sobie: Czy próbowałeś kiedyś świadomie powstrzymać się przed spontanicznym poddaniem się dyktatowi winy? Na moment zatrzymaj się, zastanów do czego prowadzi spirala poczucia winy.
Weź w swoje ręce kontrolę nad tym co dzieje się w twoim życiu. Nie pozwól, by odwieczne wzorce zbudowały twoje życie. Jest to solidny fundament, bez wątpienia, jednak fundament na którym zbudujesz szary dom pełen trosk.
Daj sobie i swoim bliskim trochę wolności. Uwolnij siebie od poczucia winy. Weź głęboki oddech, uśmiechnij się do siebie, do wszystkich błędów jakie popełniłeś, w szczególności do tego ostatniego i zacznij cieszyć się życiem, życiem z błędami. Takim jakie jest, tu i teraz. Nie musisz zaczynać wszystkiego od nowa. Zaakceptuj siebie. Omylnego, niedoskonałego. Zaakceptuj siebie, chociażby na przekór całemu światu. Zaakceptuj siebie, mimo wszystkich błędów, a może właśnie dzięki nim.

beata markowska

ps
Jeśli nie odnalazłeś się w żadnym przykładzie, jesteś człowiekiem nieskalanym poczuciem winy. Dlatego mój apel do ciebie, nieznajomy czytelniku: ujawnij się, powiedz nam wszystkim, jak to jest żyć bez poczucia winy, w szczęściu?

kontakt znajdziesz na stronie
www.personaldevelopmentcentre.eu

--
http://www.solaris-rozwojosobisty.pl/

Artykuł pobrany z serwisu Artelis.pl

Zmiana Osobista - Objawy, a Przyczyny

Wiele szkół psychoterapii mówi 'jak zwalcza się tylko objawy, to przyczyny tych objawów przejawią się w inny sposób, dlatego trzeba pracować z przyczynami'.

Wielu NLPerów mówi 'Czasem są tylko objawy.' oraz 'Jak problemem są objawy i pozbędzie się objawów, to sprawa załatwiona.'

Jestem NLPerem, jestem studentem psychologii i jestem coachem - i z mojej perspektywy i doświadczenia, żadne z powyższych podejść nie jest do końca prawdziwe... Pamiętaj, że ten tekst pisany jest wyłącznie z mojej mapy rzeczywistości i mojej perspektywy - weź z niego tylko i wyłącznie te wszystkie rzeczy, które są dla Ciebie najlepsze.

Tak - często są tylko objawy i wystarczy pozbyć się przyczyn, by załatwić sprawę. Jeśli ktoś nie umie angielskiego mimo 8 lat nauki w szkole, to nie musimy przechodzić we wspomnieniach jego doświadczeń z podstawówki, żeby opanował on język - wystarczy, że damy mu skuteczną metodę nauki języka TERAZ. Problem i rozwiązanie.

Jednocześnie - czasami to przyczyny są ważniejsze, bo jeśli ktoś regularnie się przeziębia, to warto zobaczyć co wywołuje przeziębienia, a nie tylko koncentrować się na pojedynczym przypadku kataru i bolącego gardła. W innym wypadku mielibyśmy wprawdzie stałego klienta, regularnie przychodzącego z katarkiem do szybkiego wyleczenia - ale byłoby to, delikatnie mówiąc, uzależnianiem osoby od siebie. Zdecydowanie lepiej i ekologiczniej jest więc pracować tutaj z przyczynami. Problem, głębszy problem, rozwiązanie głębszego problemu, a w efekcie również płytszego.

I w końcu, co najważniejsze - czasami możesz skupić się na objawach i załatwić dużo na stałe - ale gdybyś skupił się na przyczynach, załatwiłbyś jeszcze więcej. Jedną z inspiracji dla tego artykułu była moja dzisiejsza rozmowa z przyjaciółką, która wychwalała zalety imprintingu i reimprintingu - zmieniania własnej historii osobistej przez dodawanie wspomnień i zmianę istniejących. Gdy spytałem w jakim celu, odpowiedziała, ze "jeśli ktoś chce mieć doświadczenie że np czuje się pewnie w seksie pod prysznicem, to robi sobie kilkadziesiąt takich w przeszłości i ma na tej podstawie doświadczenie, które daje pewność". To prawda, zmieniłoby - jednocześnie jednak praca nad tym co TERAZ, w tej chwili sprawia, że takiej pewności brakuje, że nie jest ona generowana na bieżąco, byłaby o tyle użyteczniejsza, ze po drodze mogłaby rozwiązać np. również brak pewności w seksie na stole kuchennym, ponieważ ten jeden 'objaw' był jedynie elementem całej, większej struktury. Zmieniając wspomnienia odcinamy strukturę od danego obszaru życia i czasem to wystarcza - jednocześnie niekiedy warto ją zmienić całkowicie.

Podobnym przykładem jest praca z dialogami wewnętrznymi - czasami zamiast wysadzać, rozstrzeliwywać, przedrzeźniać itp. dialogi wewnętrzne które nas ograniczały, warto skorzystać z modelu skupionego na intencjach danego zachowania - np. Core Transformation albo Six-Step Reframing - traktując dane ograniczenie nie jako 'ograniczenie do wywalenia', ale tak, jak potraktowalibyśmy ból w ciele - jako sygnał, że coś wymaga naszej uwagi i naprawy. Problem, głębszy problem - rozwiązanie głębszego i w efekcie wielu różnych płytkich.

To moje podejście i mój zwykły model pracy z klientem - przyjrzenie się faktycznej strukturze objawów i zdecydowanie, nad czym w danym kontekście warto pracować. Czasem warto bowiem, w moim doświadczeniu, poświęcić trochę więcej czasu na zmiany na głębszym poziomie, by klient dostał dzięki temu jeszcze więcej, być może zmian których nie oczekiwał, ale zawsze zmian które dadzą mu jeszcze więcej. Niezależnie, czy jako NLPer pracujesz z kimś czy z sobą - zastanów się czy nie warto czasem sięgnąć głębiej i popracować z tym, co leży pod spodem - niekiedy, długoterminowo, jest to po prostu skuteczniejsze rozwiązanie.

Oczywiście, nie znaczy to że każdy przypadek warto rozpatrywać na poziomie głębokich przyczyn i źródeł problemu. Bynajmniej, jest masa rzeczy, które można szybko i skutecznie rozpracować od ręki. Proponuje jedynie nieco bardziej różnorodny świat niż popularne wśród niektórych psychologów 'istnieją tylko głęboko ukryte przyczyny' czy popularne wśród niektórych nlpowców 'istnieją tylko objawy, nie ma sensu szukać przyczyn'. Często istnieje i to i to, warto być w stanie rozpoznać z czym warto pracować akurat w tym przypadku.


--
Artur Król (www.krolartur.com) zajmuje się wspomaganiem ludzi we wprowadzaniu trwałych, skutecznych zmian w życiu osobistym i zawodowym, ucząc ich wolności na każdym poziomie - emocjonalnym, intelektualnym, społecznym, zawodowym i finansowym.

Artykuł pochodzi z serwisu Artelis.pl

niedziela, 20 lipca 2008

Stan umysłu

Stan umysłu to Twoja postawa życiowa, stan umysłu jest tutaj bardzo powiązany z Twoim stanem emocjonalnym i duchowym i nazywanie tego tylko stanem umysłu jest dużym niedopowiedzeniem i naciąganiem faktów. Stan umysłu, który jest tak bardzo gloryfikowany w szerokim świecie to stan całościowy całego Twego istnienia, każdej płaszczyzny. Nic Ci nie da najlepsza nawet kontrola Twego umysłu jeżeli będą targały Tobą emocje lub będziesz wypierał ze świadomości jakiś strach. Stan umysłu to stan ducha, życia i tylko jako całość może być rozpatrywany.

Umysł jest niczymy układ kierowniczy i panel sterowania w samochodzie ale to tylko układ sterowania, jeżeli nie kierują nim odpowiednie siły, intencje - serce to w najlepszym przypadku kręci się w kółko a w najgorszym wjeżdża w coś co pierwsze stanie na drodze. Dopiero połączenie umysłu jako steru, serca, emocji jako siły napędowej i intuicji i wyższego Ja jako kompasu daje zamierzony efekt - szczęśliwe, pełne życie.

Stan umysłu to świadomość siebie, świata, rzeczywistości, tego co nas otacza, co my otaczamy, co wyrażamy i po co jesteśmy. Stan czystego umysłu to cel naszego życia. Wtedy manifestuje swój najcenniejszy dar. Akt tworzenia, manifestacji. Czysty umysł to taki, przez który nie przebiegają już myśli w ilośc 100 na sekundę, to taki umysł, który zapewnia właścicielowi spokój, pewność, spójność. To taki umysł któremu można ufać. Umysł może być albo Twoim wspaniałym przyjacielem i największą Twoją podporą jak i największym wrogiem. Umysł trzeba ćwiczyć w karności, dyscyplinie i higienie. Wtedy zacznie ukazywać swoją moc i piękno.

Umysł jest naszym łączem internetowym, terminalem Kosmicznego Internetu, jest potężnym narzędziem i powinniśmy się z wielkim szacunkiem z nim obchodzić ale też i trzymać go w ryzach. On jest naszym narzędziem. Tylko i wyłącznie. Ponieważ jest tak właśnie potężny musimy się najpierw nauczyć z nim obchodzić zanim będziemy mogli użyć jego mocy kreacyjnych. To jak z nauką jazdy na rowerze... najpierw 3 kółeczka... a dopiero później kreowanie rzeczywistości.

Kreowanie rzeczywistości to utrzymywanie spójnej intencyjnej energii na zamierzonym efekcie. Dopiero spokojne, zgodne z naszym wnętrzem i dłuższe utrzymywanie naszej uwagii na zamierzonym zadaniu przyniesie wymarzone efekty. Dodatkowo jeżeli zamierzony cel jest dobry, społecznie poprawny same dobre rzeczy się będą dziać. Zadziała prawo podobieństwa, dobre przyciąga dobre, podobne intencje będą się przyciągać i będą tworzyć wielką siłę.

Dążenie do jedności, serca, ducha i umysłu to nasza życiowa droga i zadanie na ten czas na pobyt na Ziemi. To właśnie jest naszym celem. Zawsze jak zaczyna się integracje wszystkich 3 elementów to powstaje wielka harmonia i szczęście. Jeżeli ktoś by chciał zsynchronizować tylko umysł i serce lub tylko umysł to będzie tworzył bez duchowego przewdonictwa w najlepszym przypadku rzeczy miernej jakości, dopiero zaprzęgnięcia Ducha do tego wszystkiego stwarza wysokooktanowa mieszkankę która będzie sprawiać wiele dobrego. Wszyscy dążymy do dobrego, tylko niektórzy jeszcze o tym nie wiedzą.

Będziesz przechodził przez mnóstwo różnych stanów emocjonalnych, co będziesz zwał stanami umysłu. Psychiatria się właśnie w tym myli, że zajmuje się głową a powinna sercem. Leczy skutki, a nie usuwa przyczyny. Jeżeli się będą pojawiać góry i doliny emocjonalne, nastrojowe to... cierpliwości, przetrzymać, taki atak nigdy nie trwa długo i odsiecz nadchodzi, jeżeli jej oczywiście chcesz. W takich przypadkach pamiętaj, że nie jesteś sam i są wokół Ciebie duchowi przewodnicy, pomocnicy, Aniołowie i Oni Ci będą pomagać... wystarczy się do Nich zwrócić. Jak kolwiek na "trzeźwo" jest to dość abstrakcyjne to jednak jak Cię przywali jakaś ciężka sytuacja życiowa i coś Ci się przyczepi do energii to nie będziesz miał żadnych oporów aby zawołać o pomoc. Wiadomo, jak trwoga to do Boga.

Pozdrawiam i życzę spokojnego stanu umysłu - życia.
--
Drogowskaz - gdy Droga stanie się Celem...
Oridea.net - Inspiracje

Artykuł pobrany z serwisu Artelis.pl
Autorem jest
Krzysztof Kina