Pokazywanie postów oznaczonych etykietą coaching. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą coaching. Pokaż wszystkie posty

piątek, 25 lipca 2008

Zmiana Osobista - Objawy, a Przyczyny

Wiele szkół psychoterapii mówi 'jak zwalcza się tylko objawy, to przyczyny tych objawów przejawią się w inny sposób, dlatego trzeba pracować z przyczynami'.

Wielu NLPerów mówi 'Czasem są tylko objawy.' oraz 'Jak problemem są objawy i pozbędzie się objawów, to sprawa załatwiona.'

Jestem NLPerem, jestem studentem psychologii i jestem coachem - i z mojej perspektywy i doświadczenia, żadne z powyższych podejść nie jest do końca prawdziwe... Pamiętaj, że ten tekst pisany jest wyłącznie z mojej mapy rzeczywistości i mojej perspektywy - weź z niego tylko i wyłącznie te wszystkie rzeczy, które są dla Ciebie najlepsze.

Tak - często są tylko objawy i wystarczy pozbyć się przyczyn, by załatwić sprawę. Jeśli ktoś nie umie angielskiego mimo 8 lat nauki w szkole, to nie musimy przechodzić we wspomnieniach jego doświadczeń z podstawówki, żeby opanował on język - wystarczy, że damy mu skuteczną metodę nauki języka TERAZ. Problem i rozwiązanie.

Jednocześnie - czasami to przyczyny są ważniejsze, bo jeśli ktoś regularnie się przeziębia, to warto zobaczyć co wywołuje przeziębienia, a nie tylko koncentrować się na pojedynczym przypadku kataru i bolącego gardła. W innym wypadku mielibyśmy wprawdzie stałego klienta, regularnie przychodzącego z katarkiem do szybkiego wyleczenia - ale byłoby to, delikatnie mówiąc, uzależnianiem osoby od siebie. Zdecydowanie lepiej i ekologiczniej jest więc pracować tutaj z przyczynami. Problem, głębszy problem, rozwiązanie głębszego problemu, a w efekcie również płytszego.

I w końcu, co najważniejsze - czasami możesz skupić się na objawach i załatwić dużo na stałe - ale gdybyś skupił się na przyczynach, załatwiłbyś jeszcze więcej. Jedną z inspiracji dla tego artykułu była moja dzisiejsza rozmowa z przyjaciółką, która wychwalała zalety imprintingu i reimprintingu - zmieniania własnej historii osobistej przez dodawanie wspomnień i zmianę istniejących. Gdy spytałem w jakim celu, odpowiedziała, ze "jeśli ktoś chce mieć doświadczenie że np czuje się pewnie w seksie pod prysznicem, to robi sobie kilkadziesiąt takich w przeszłości i ma na tej podstawie doświadczenie, które daje pewność". To prawda, zmieniłoby - jednocześnie jednak praca nad tym co TERAZ, w tej chwili sprawia, że takiej pewności brakuje, że nie jest ona generowana na bieżąco, byłaby o tyle użyteczniejsza, ze po drodze mogłaby rozwiązać np. również brak pewności w seksie na stole kuchennym, ponieważ ten jeden 'objaw' był jedynie elementem całej, większej struktury. Zmieniając wspomnienia odcinamy strukturę od danego obszaru życia i czasem to wystarcza - jednocześnie niekiedy warto ją zmienić całkowicie.

Podobnym przykładem jest praca z dialogami wewnętrznymi - czasami zamiast wysadzać, rozstrzeliwywać, przedrzeźniać itp. dialogi wewnętrzne które nas ograniczały, warto skorzystać z modelu skupionego na intencjach danego zachowania - np. Core Transformation albo Six-Step Reframing - traktując dane ograniczenie nie jako 'ograniczenie do wywalenia', ale tak, jak potraktowalibyśmy ból w ciele - jako sygnał, że coś wymaga naszej uwagi i naprawy. Problem, głębszy problem - rozwiązanie głębszego i w efekcie wielu różnych płytkich.

To moje podejście i mój zwykły model pracy z klientem - przyjrzenie się faktycznej strukturze objawów i zdecydowanie, nad czym w danym kontekście warto pracować. Czasem warto bowiem, w moim doświadczeniu, poświęcić trochę więcej czasu na zmiany na głębszym poziomie, by klient dostał dzięki temu jeszcze więcej, być może zmian których nie oczekiwał, ale zawsze zmian które dadzą mu jeszcze więcej. Niezależnie, czy jako NLPer pracujesz z kimś czy z sobą - zastanów się czy nie warto czasem sięgnąć głębiej i popracować z tym, co leży pod spodem - niekiedy, długoterminowo, jest to po prostu skuteczniejsze rozwiązanie.

Oczywiście, nie znaczy to że każdy przypadek warto rozpatrywać na poziomie głębokich przyczyn i źródeł problemu. Bynajmniej, jest masa rzeczy, które można szybko i skutecznie rozpracować od ręki. Proponuje jedynie nieco bardziej różnorodny świat niż popularne wśród niektórych psychologów 'istnieją tylko głęboko ukryte przyczyny' czy popularne wśród niektórych nlpowców 'istnieją tylko objawy, nie ma sensu szukać przyczyn'. Często istnieje i to i to, warto być w stanie rozpoznać z czym warto pracować akurat w tym przypadku.


--
Artur Król (www.krolartur.com) zajmuje się wspomaganiem ludzi we wprowadzaniu trwałych, skutecznych zmian w życiu osobistym i zawodowym, ucząc ich wolności na każdym poziomie - emocjonalnym, intelektualnym, społecznym, zawodowym i finansowym.

Artykuł pochodzi z serwisu Artelis.pl

sobota, 19 lipca 2008

Sposoby na doła

Jak sobie radzić z momentami kryzysu?
Oto kilka sprawdzonych sposobów. Są to krótkie ćwiczenia, których zadaniem jest natychmiastowa zmiana energii, umożliwienie ci przejścia ze stanu beznadziei do stanu akceptacji i spokoju. Reszta zadzieje się sama. Nie trzeba wiele. Zmiana twojego nastawienia mentalnego, wibracji czy nastroju przyniesie automatycznie pożądany efekt.
Z doświadczenia jednak wiem, że porzucenie targającego tobą zwątpienia na rzecz radości i humoru nie jest łatwe. Dużo prościej jest zrobić to w drugą stronę.
Kiedy łapiesz doła, całe twoje jestestwo pikuje w dół. Pikuje, bo tak chce. Czasem nawet polecenie wydane naszemu wewnętrznemu pilotowi o wyprowadzeniu maszyny na prostą nie przynosi skutku. Instrumenty się zacięły. A więc co robić?
Zapewne sam(a) wiesz najlepiej. Czy pozwolić sobie na wypłakanie się, wykrzyczenie, rozwalenie czegoś – każdy z nas ma swoje sposoby.

Poniżej jest parę porad do zastosowania w sytuacjach beznadziejnych, kiedy to dotychczasowy arsenał pomysłów nie działa.
Zawsze warto wzbogacać swój repertuar. I nawet, jeśli uznasz niektóre pomysły za głupie, śmieszne, naiwne, to pamiętaj, że tak reaguje twoje Ego. Lubi bojkotować, zaprzeczać i pławić się w samounicestwieniu. Nie daj się skusić. Czasem warto zrobić coś głupiego. Niczym nie ryzykujesz. A wiele możesz zyskać.

Ćwiczenie pierwsze:
Powtarzaj słowa miłości, wszystkie, jakie ci przychodzą do głowy: miłość, kocham, czułość, ciepło, przestrzeń, wolność, światło, pokój, błogostan, dobroć, spontaniczność, morze, intuicja, relaks, radość, śmiech, mama, ognisko, przytulenie…
Już samo wypowiadanie słów, które mają określoną wibrację przynosi pozytywny efekt. Spróbuj tego na sucho. Czytając ten tekst. Sam(a) zobaczysz, że mimowolnie zaczynasz się uśmiechać. Mięśnie się rozluźniają, a ty czujesz się bardziej spokojny i trochę bardziej szczęśliwy.
Podczas "reanimacji", powtarzaj słowa miłości tak długo, aż nastąpi reakcja w ciele. To może być śmiech, płacz, agresja, złość. To może być wszystko. Pozwól sobie na bycie ze sobą w tej chwili. A co ważniejsze, na bycie SOBĄ. Pozwól sobie na każde uczucie, które do ciebie przyjdzie. I bądź w nim.
Pamiętaj, że jest to tylko reanimacja. Teraz trzeba się wziąć za leczenie pacjenta :)

Ćwiczenie drugie:
Nie rób nic. Oddychaj. Głęboko. Pobądź z emocjami, które cię targają. Staraj się je ponazywać. Skoncentruj się na nich. Niech twój umysł ma zajęcie. Przyjrzyj się swoim emocjom. Może uda ci się je spersonifikować, nadać im jakąś formę. Może będzie to jędza skrzecząca nad uchem, albo dziad, który okłada cię laską po głowie. Im głupsze skojarzenia, tym lepsze. Porozmawiaj ze swoimi emocjami. Dowiedz się, dlaczego właśnie dziś zaatakowały cię tak silnie… dlaczego to zdarzenie jest dla nich tak ważne. Możesz z nimi dyskutować, spierać się, a nawet zaprzyjaźnić.

Ćwiczenie trzecie:
Poniżej zestaw tematów. Pomyśl o jednym z nich. Zatrzymaj określoną myśl w sobie. Rozwiń ją. Skoncentruj się tylko na tym. Zatop się w rozważaniach. Uruchom swoją pamięć i wyobraźnię. Pomyśl:

a) O czymś, co cię w życiu uszczęśliwia (jeśli jest to facet, który cię porzucił, przejdź do podpunktu b)

b) Co cię cieszy, przynosi ci radość, daje zadowolenie i spokój?

c) W co wierzysz?

d) Kogo kochasz?

e) Z czego jesteś dumna?

f) Co chcesz osiągnąć (jeśli twoje marzenie właśnie legło w gruzach, patrz punkt b)

g) Za co jesteś wdzięczna życiu?

Ćwiczenie czwarte:
Stań lub usiądź przed lustrem i powtarzaj patrząc sobie w oczy: „Kocham cię”.
Powtarzaj tak długo, aż poczujesz się dobrze.

Proste ćwiczenie, prawda? Podczas ćwiczenia obserwuj siebie. Dawaj sobie w tym ćwiczeniu jak najwięcej miłości. I bez przerwy powtarzaj: „Kocham cię”.

Ostrzegam, że wbrew pozorom ćwiczenie jest jednym z bardziej radykalnych i wcale nie łatwych do przeprowadzenia. Niech cię nie zmyli jego prostota. Uważaj też na podszepty twojego Ego, który może uznać gadanie do lustra za infantylne. To tylko próba.
Nie każdy ma wystarczająco dużo odwagi, żeby zaryzykować spojrzenie w oczy i wyznanie miłości samemu sobie. A przecież się kochasz. Więc jak to jest?
Jedno jest pewne. W tej próbie niczego nie tracisz.

Ćwiczenie piąte:
Zrób sobie gorącą kąpiel. Zapal świece, dodaj jakiś zapach, włącz ulubioną muzykę.
Albo weź prysznic i wyobrażaj sobie, że cały smutek, żal, złość, frustracja, niemoc, gniew, agresja, wszystkie złe emocje spływają z ciebie wraz ze strugami wody.
Jest to niezwykle oczyszczające ćwiczenie. W każdym aspekcie :)

Ćwiczenie szóste:
Czujesz, że łapie cię dół? Już chwyta cię za kostkę? Wyjdź z domu. Natychmiast. Gdziekolwiek. Najlepiej na łono natury. Ale może być basen, kino, cokolwiek.
Najlepiej pobądź sam ze sobą. Ale jeśli masz przyjaciela, który cię wesprze – skorzystaj ze wsparcia.
Ważne jest byś opuścił miejsce, w którym czujesz się źle, byś zmienił przestrzeń. Wraz ze zmianą otoczenia, zmienia się nasze wnętrze.
Porzuć zasady, pozwól sobie na bycie nierozsądnym, bezradnym, samotnym, szalonym. Wyjdź z domu. Sam wiesz najlepiej, gdzie powinieneś teraz pójść.
A potem wróć. I zacznij wszystko od nowa.

Ćwiczenie siódme:
Weź do ręki książkę. To może być twoja ulubiona książka, książka pełna mądrych myśli albo jakakolwiek inna (unikaj jednak wydań encyklopedycznych). Myśląc o problemie – otwórz ją na dowolnej stronie i przeczytaj. Z reguły znajdujemy tam jakąś wskazówkę, słowa wsparcia, poradę, lub zupełnie inne spojrzenie na czarną dziurę, w jaką wrzucił nas los.
Porady książkowe stosuję od dawna i zawsze ta metoda dla mnie działa 100procentowo. Patent ów sprzedała mi dawno temu znajoma mojej mamy. Będąc w odwiedzinach u rodziny na wsi znalazła się w koszmarnej sytuacji. Potrzebowała szybkiej porady. A że czasy to były, gdzie telefonów na wsiach nie było, a komórek jeszcze nie wynaleziono, przeto zaczęła szukać jakiejś książki, żeby ta do niej przemówiła. Okazało się, że wszystkie książki zostały zużyte na podpałkę do pieca. W domu nie było ani skrawka pisma drukowanego. Ankę ogarnęła czarna rozpacz. Ale kto szuka, ten znajdzie. Anka znalazła. Jej matka na targu kupiła jaja. Każde jajo opakowane było w gazetę, żeby w transporcie nie zostało uszkodzone.
I tak oto fragmenty gazet posłużyły za odpowiedź od Boga. Anka mówi, że do tej pory pamięta fragment z rozpakowanego jajka. Zmienił jej życie.

Ćwiczenie ósme:
Wyobraź sobie, że to twój ostatni dzień życia. Co byś tego dnia zrobiła? A czego byś na pewno nie robiła. Czy twoja lista priorytetów wygląda tak samo jak 5 minut temu? Jakie miejsce w ostatnim dniu twego życia zajmuje problem? Skup się na tym, co w tym dniu jest dla ciebie najważniejsze i kto jest najważniejszy. Jeśli chcesz komuś powiedzieć, jak jest ci bliski – zrób to.
To ćwiczenie działa w każdej sytuacji. Jest jak panaceum na wszelkie zło. Można stosować bez wyraźnej przyczyny i bez powodu.

Post Scriptum
Każde z powyższych ćwiczeń ma za zadanie wytrącić cię z marazmu, w jakim się znalazłeś. Pozwolić ci zobaczyć światełko w tunelu. Jednak pamiętaj także o tym, że czasem trzeba sięgnąć dna żeby móc się od niego odbić.
Jeśli czujesz, że to jest twój sposób, pozwól sobie na ból, płacz i krzyk.
Czasem trzeba uwolnić wielkie emocje, żeby wielkie siły stworzenia mogły zostać uruchomione w twoim życiu.

Beata Markowska
http://www.personaldevelopmentcentre.eu

--
http://www.personaldevelopmentcentre.eu/warsztaty.html


Artykuł pobrany z serwisu Artelis.pl

sobota, 7 czerwca 2008

O strefie komfortu i innych czynnikach sukcesu

CENA SUKCESU
Sukces przychodzi jednym łatwiej innym trudniej, ale wszyscy, którzy sięgnęli po sukces musieli w swoim czasie wyjść poza swoją strefę komfortu. Może nie do końca afiszowali się z tym przed światem, ale jeszcze nikt nie zrobił kariery taplając się w ciepłym bagienku. To jest cena sukcesu. Jak jest ona wysoka zależy tylko od ciebie. To czy będziesz trząsł portkami, czy potraktujesz wyzwanie jako immanentną część projektu i przejdziesz nad nim do porządku rzeczy zależy przede wszystkim od tego czy w przeszłości rodzina wspierała twoje samodzielne próby poznawania świata. Jeśli tak, to pewnie wychodzenie ze strefy komfortu nie jest dla ciebie przełomem. Wszędzie czujesz się bezpiecznie. Co więcej, dreszczyk emocji działa na ciebie stymulująco. Natomiast, jeśli jako dziecko często słyszałeś krzyki rodziców, żywiono cię nakazami i zakazami, krytykowano – spodziewaj się, że nie będzie łatwo. Na pociechę dodam, że im trudniej coś osiągnąć, tym wartość dokonań większa. W momencie podjęcia decyzji o wyjściu poza swój bezpieczny świat, musisz zrobić jeszcze jedną rzecz: zaakceptować swój strach. Strach ten automatycznie budzi się w nas, kiedy zdamy sobie sprawę z faktu, że za chwilę opuścimy nasze komfortowe podwórko. I tu jest pies pogrzebany. Pracujemy nad strefą komfortu przez lata. Wszyscy chcemy się czuć kochani, szanowani.. A tu nagle nasz emocjonalny dorobek trzeba porzucić i wkroczyć na wielce niepewny teren. Niewielu się na to zdobywa. Jednak marzenia czasem są silniejsze niż nasze przywiązanie do wygody i zdobytej pozycji społecznej.
Kiedy po raz pierwszy usłyszałam o wyjściu ze sfery komfortu wydawało mi się, że to nic prostszego. „Wielkie mi halo, zrobić coś, czego wcześniej nie robiłam. I o tym pani pisze pracę? Że niby to jakieś wyzwanie? Koń by się uśmiał”
.Ale co to naprawdę oznacza, proszę konia? Ano, że wystawiamy się na niezbyt przyjemne sytuacje. Wkraczając w nieznane sobie rewiry możemy narazić się na śmieszność, odrzucenie, krytykę i parę innych dramatycznych przeżyć, począwszy od niemiłej obsługi pani w okienku a na wyśmianiu projektu przez potencjalnego inwestora skończywszy. Różne sytuacje, różnie przez nas samych odbierane. Łączy je wspólny mianownik: nasze kiepskie samopoczucie. Jeśli pomimo krzywego spojrzenia pani urzędniczki, pomimo utraty głównego sponsora – idziemy dalej, to znak, że utrzymujemy stały kurs na sukces. I nieważne jest, co myślą inni, ani jak oni postąpiliby w tej sytuacji. Ważne jest, co jest w naszej głowie i jak oceniamy dany ruch. Jeśli wydaje nam się, że zrobiliśmy milowy krok, to nie ma co do tego żadnych wątpliwości – ZROBILIŚMY GO. Tutaj my jesteśmy najwyższą instancją oceniającą. Świat się może przyglądać i przyklasnąć lub nie, ale my wiemy najlepiej ile nas to kosztowało. PORAŻKA TO CZĘŚĆ SUKCESU
Gorzej, że pierwszy krok to nie wszystko. Już nawet małe dzieci wiedzą, że po pierwszym kroku trzeba zrobić następny inaczej się upada. No właśnie. W takim razie może chwilę o upadku. Co się dzieje, kiedy nieprzygotowani wychodzimy ze strefy komfortu? Częstokroć upadamy na duchu. Przeraża nas to, że sprawy nie dzieją się po naszej myśli, że tam nie jest tak miło jak tutaj, że wszystko jest takie nieznane. Dlatego wracamy do znanej rzeczywistości, nawet jeśli jest to rzeczywistość niekoniecznie lubiana. Jest i pozytywny akspekt tego zjawiska. Otóż nasze powroty są wpisane w scenariusz. Tak jak dziecko musi się kilka razy przewrócić, tak my musimy potrenować wychodzenie i wracanie do naszej sfery komfortu. Ważne, żebyśmy mieli do czego wracać. Dobrze jest sobie poeksperymentować, żeby przekonać się, że upadki nie kosztują nas życie. Dlatego jest prośba: nie palcie od razu za sobą mostów! Dajcie sobie prawo do pomyłek, do testowania różnych opcji i testowania siebie. Pamiętajcie, że tworzycie się na nowo. Nie wiecie jak się zachowacie w określonej sytuacji. Jeszcze w niej nie byliście. Na razie tylko wam się wydaje, że wiecie jak się zachowacie. Rzeczywistość może was przerosnąć. Ale może też pozytywnie zaskoczyć. Ważnym jest żeby dać sobie prawo do porażki. Małe sprostowanie: przyznanie sobie prawa do porażki to zgoła inne nastawienie od rozpoczynania wędrówki bez wiary w sukces. Wiara w sukces jest niezbędna. Bez niej nie ruszycie z miejsca. To punkt wyjścia i najwierniejszy towarzysz naszej podróży.
Zróbmy sobie małą przerwę i zobaczmy, co wzięliśmy w podróż do sukcesu. W naszych bagażach na chwilę obecną mamy: wyjście poza strefę komfortu, prawo do porażki, wiarę w sukces. PLAN OPTYMISTYCZNY, REALISTYCZNY CZY WSTECZNY?
Czas wspomnieć o czymś, co dla mnie jest wyjątkowo niekomfortowe: konsekwencja. Ilekroć czytam, że powinnam być konsekwentna w tym co robię aż się jeżę cała pod skórą. A jednak ta konsekwencja jest niezbędna. Staram się o niej zbytnio nie myśleć. Mam swoją wizję celu i tylko jej poświęcam uwagę, na niej się koncentruję. Co jakiś czas zatrzymuję się i patrzę wstecz. Dopiero wtedy widzę, że przeszłam kawał drogi. Jestem bliższa mojemu celu, a więc przyznaję sobie nagrodę za konsekwencję. Jedną z prostszych technik na osiąganie wielkich celów jest metoda małych kroków. Od razu nasuwa mi się analogia rodem z bajek o walecznym rycerzu. Nasz bohater zabił smoka. Pokonał własny strach. Wyszedł ze swojej strefę komfortu i co? Nagroda? Tak, tylko gdzie? Na wieży! Królewna przecież zamknięta w wieży. A miało być tak pięknie. Wydawało się, że skoro smok zabity to cel osiągnięty. A tu dopiero się trzeba narobić. Im ładniejsza królewna tym w wyższej wieży ją zamykali. I tutaj ani hart ducha, ani wielka odwaga nie pomogą. Trzeba mozolnie wspinać się po schodach. A widok na nasz cel jest taki jak wąskiej klatce schodowej: ciemno, szaro, końca nie widać. Prawda, że mało atrakcyjny? Całe szczęście, że mamy wyobraźnię. Oczami duszy można zobaczyć ten wspaniały widok, który ukaże się naszym oczom fizycznym po wejściu na szczyt i otwarciu komnaty.
Przygotujmy się do tej wspinaczki odpowiednio. Przede wszystkim napiszmy plan. Będzie to nasze pierwsze zderzenie z rzeczywistością, ale jednocześnie oswajanie demona wysokiej wieży. Jeśli w punktach napiszemy konkretnie, co robimy i kiedy, wtedy nasz cel nabierze znamion realności. I oto tu chodzi.
Sprytnym pomysłem jest pisanie planu wstecz. Zastanów się, kiedy chciałbyś, żeby twój plan się zrealizował. A potem przemyśl, ile czasu zajmie ci pokonywanie poszczególnych etapów dojścia do celu. Staraj się podchodzić do tematu realistycznie. Pamiętaj, że nie zawsze będziesz entuzjastycznie nastawiony, że masz jeszcze inne zadania, czasem chciałbyś odpocząć, czasem ci się nie będzie chciało, a czasem wydarzy się coś niespodziewanego. Zostaw sobie margines błędu przy przygotowywaniu harmonogramu. Osobiście mam zwyczaj pisania 2 planów. Jeden to plan optymistyczny a drugi realistyczny (unikam określenia „pesymistyczny”, choć właśnie o to tutaj chodzi). Optymistyczny, to plan który zakłada że będę w formie, że wszystko się ułoży. Plan optymistyczny tak naprawdę jest planem wymagającym ode mnie sporych poświęceń i nakładu pracy. No, ale przy jego pisaniu jestem tak naładowana dobrą energią i tak pełna chęci zmian, że wierzę że przeniosę góry. I czasem tak się dzieje! Plan optymistyczny jest moim podstawowym planem. Dopiero kiedy zdaję sobie sprawę, że w ludzkiej mocy nie jest jego realizacja a ja nie jestem herosem, wyciągam z szuflady plan B, czyli plan realistyczny. Wtedy z przyjemnością konstatuję, że nie jest tak źle. Jednak gdybym od razu założyła sobie bezpieczne terminy przewidując, że z tym czy tamtym sobie nie poradzę, to tak stałoby się na pewno. Wymagając od siebie więcej i osiągam więcej. Wiem na ile mnie stać. Lubię wyzwania. Dlatego nie lubię sobie dawać forów. To jak wysoko mierzymy jest sprawą indywidualną. Teraz stawiam sobie ambitne cele, ale zaczynałam od drobiazgów. Nie deprecjonujmy swoich umiejętności tylko dlatego, że w pierwszych miesiącach działania naszego projektu nie wymyśliliśmy od razu lekarstwa na raka.
UŚCISK DŁONI PREZESA Mamy już przygotowany plan i właściwie moglibyśmy się zabrać do realizacji. Jednak ostrzegam, że bez tego elementu będzie nam o wiele trudniej w dalszej drodze. A jest nim…? Nagroda! Niezmiernie ważny element zdobywania skarbu. Nagradzanie się za poszczególne etapy, za małe zwycięstwa, za każdy mały krok. Otwarcie przyznam, że dla mnie było to zawsze największym wyzwaniem. Co tam pokonać smoka. Już macham szabelką. Co tam wspiąć się po setkach stopni wieży... nie pierwsza to moja wieża, nie pierwsza królewna. Ale nagradzać się za pokonanie pierwszego stopnia?! Toż to rozpusta. Poznać tu rękę rodzicielską, która rzadko chwaliła. Teraz ja dla siebie mało hojna jestem. Zawsze wydawało mi się, że nagrodą będzie samo osiągnięcie celu. Teraz jestem mądrzejsza. Wiem, że moja podświadomość nienagradzana na lotnych premiach może się zbuntować. Nie będzie chciała kooperować, co więcej może sabotować moje działania. W naszym interesie jest nagradzać siebie ile się da, za wszystko. Wiem, że to trudne zadanie, ale trzeba się przełamać. Czy wiesz już, co dasz sobie w prezencie, kiedy po raz pierwszy usłyszysz, że pomysł jest beznadziejny lub że nie da się tego zrobić tak jak chcesz? Tak, tak. To nie pomyłka, nagradzać siebie za przyjęcie porażki na klatę i nie porzucenie swego marzenia, nie odstawienia go do teczki spraw nierealnych - to wbrew pozorom spore wyzwanie. Mamy wtedy tendencje do nadmiernego krytykowania siebie. Nie dość, że świat nam dał popalić, my jeszcze sobie dokładamy. To jedno z naszych uwarunkować społecznych. Jesteśmy bardziej przyzwyczajeni do krytyki niż do pochwał. Czas to zmienić, jeśli ci sukces miły! Nie oznacza to, że nie możesz sobie dać prawa do chwili upadku, doła, małego załamania, roztkliwiania się nad sobą, płaczu, złości, agresji. Wszystkie chwyty dozwolone. Bylebyś tylko potem wstał, strzepał z siebie pył bitewny i wrócił do realizacji swojego planu. Wyciągnij wniosek z tego co się zdarzyło. Może zastanowisz się nad nową strategią postępowania? Może zdecydujesz, że jeszcze nie czas trąbić głośno o pomyśle zanim nabierze realnego kształtu? A może zechcesz zweryfikować jego kształt? Wszystko jest możliwe, bo tylko krowa nie zmienia poglądów. I koniecznie daj sobie nagrodę! Trzeba o tym pamiętać. Nie musi to być od razu samochód. Nagrodą może być coś małego, drobiazg, który zwrócił twoją uwagę, masaż, wyjście do kina, chwila relaksu, spacer, wyjazd w góry lub inne ulubione miejsce. A może po prostu spojrzenie w gwiazdy i obdarzenie siebie wewnętrznym uśmiechem. Sam będziesz wiedział najlepiej co sprawi ci w danej chwili przyjemność. Im częściej będziesz się nagradzał, tym bardziej ochoczo twoja podświadomość będzie podejmowała ryzykowne wyzwania. Tym chętniej będzie sprzyjać ci w realizacji twoich celów. Dzięki temu następnym razem, kiedy coś się nie powiedzie zgodnie z twoim planem, uśmiechniesz się w duchu do siebie. Teraz już wiesz, że w wyprawie po złote runo zdarzają się niespodzianki. Wiesz to z własnego doświadczenia, bo to nie pierwsza twoja wyprawa. Nie takie smoki już pokonywałeś i nie takie księżniczki zdobywałeś!
-- http://www.personaldevelopmentcentre.eu/WARSZTATY.html
Artykuł pobrany z serwisu Artelis.pl
Autorem jest Beata Markowska